O autorze
Monika Nowaczewska: Propaguję zarządzanie humanistyczne i relacje biznesowe pełne dobrej energii. Specjalizuję się w miękkich umiejętnościach zarządzania. Prowadzę projekty szkoleniowe z zakresu przywództwa, efektywnej współpracy i komunikacji dla zespołów biznesowych (marketing, sprzedaż, reklama, obsługa klienta). Korzystam z umiejętności trenerskich, jak i z wieloletniego doświadczenia pracy w sieciowych agencjach reklamowych oraz jako dyrektor marketingu w świecie korpo. Prowadzę badania na temat współdzielenia przywództwa i współpracy między liderami. Jestem właścicielką firmy szkoleniowej Lidermatic. W wolnym czasie uwielbiam tenis i narty. Kocham przyrodę.

Dobre Burdelowe rzemieślnictwo

depositphotos.com
Ambitne zadania powodują, że chce się nam angażować. Motywacja jest większa, gdy zadanie ciekawe, wyjątkowe, prestiżowe. Jednakże nic tak nie powoduje konfliktów, użerania się, marnowania czasu, pieniędzy i porażek biznesowych, co zadania i projekciki zwykłe, szare i codzienne. A co ma z tym wspólnego burdelowe rzemieślnictwo?

Do burdelowego rzemieślnictwa zaraz dojdę. Zanim jednak to zrobię, przytoczę zasłyszaną wypowiedź jednego z magików polskiej postprodukcji, szczęściarza, który dostał robotę przy obróbce fotografii gwiazd. Fotografie prezentują najlepszych brytyjskich aktorów robiących karierę w Hollywood. Wszystko odbywa się pod tytułem"The British Are Coming!" (Brytyjczycy nadchodzą!), a wydawcą jest wpływowy Vanity Fair. Nasz rodzimy szczęściarz i z pewnością niezwykle uznany rzemieślnik postprodukcji określił to krótko: "praca marzeń". Dodał, że efekt pracy to zasługa tego, że, po prostu, do ambitnych zadań podchodzi się z większym zaangażowaniem. Nic dodać, nic ująć. Wiadomo. Reszta pozostaje kwestią talentu, umiejętności, możliwości i pełnego wykorzystania owego zaangażowania, od startu do finału. Przywołana sytuacja w tym wypadku była robotą prestiżową, nietuzinkową i prowadzącą nieuchronnie do fajerwerków i bąbelków sukcesu.



Skoro ambitne zadania powodują zaangażowanie, motywację do realizacji, to co z tymi nieambitnymi, codziennymi, bez ocierania się o Orlando Blooma?
Stykając się z zadaniami nieambitnymi, czyli zwykłymi, najczęściej mamy proste oczekiwanie: żeby było zrobione maksymalnie poprawnie, zgodnie z założeniami, z minimalną liczbą poprawek, sprawnie, na czas. I tak się dzieje, gdy trafiamy na realizatora, który jest rzemieślnikiem (może nim być ktoś lub my sami). Chodzi mi o każdego, z kim przychodzi nam współpracować, mieć w zespole, mieć za szefa, za klienta, za dostawcę. Każdy szef oczekuje od swoich podwładnych przede wszystkim dobrej, skutecznej realizacji powierzonych zadań. Fajerwerki w postaci kreatywności, inicjatyw, pomysłów są również pożądane i często wpisane w cele dla pracownika. Czy nie oczekujemy najpierw najzwyklejszej rzetelności? Czy dobrze wykonane zadanie nie daje więcej powodów do satysfakcji niż tryskanie pomysłowością, z której nie zawsze wychodzi realne działanie?
Inny znany mi przykład to praca agencji reklamowych. Klienci zatrudniają je, aby zdobyć pomysły do realizacji swoich strategii marketingowych. Pomysły jak pomysły, są bardziej lub mniej trafione, jednakże to codzienne problemy, wymiany uwag i poprawki, wprowadzane i niewprowadzane są najczęstszą przyczyną konfliktów z klientami. To właśnie problem z dobrym, zwykłym rzemieślnictwem powoduje psucie się wzajemnej komunikacji i relacji, a w efekcie, czasem, utratę klienta.
Każdy klient - w jakiejkolwiek roli występuje - oczekuje najpierw wykonania zestawu obowiązkowego, otrzymania tego, po co przyszedł. Ci, którzy sprzedają więc swoją kreatywność, warto, aby najpierw sprzedali to, co jest wynikiem solidnego rzemieślnictwa, a potem puszczali balony, odpalali kolorowe fajerwerki, zajadając watę cukrową i "będzie pani zadowolona".
Ciekawe, że na większości szkoleń menedżerskich poświęconych budowaniu zespołów czy efektywności pracy zespołów z łatwością pomija się omawianie działań wspierających sprawne (czyli rzemieślnicze) działanie i współpracę ("to są oczywiste rzeczy przecież"), a większość czasu poświęca się na ćwiczenie umiejętności zwiększania orientacji na realizację celów firmy oraz rozwiązywania konfliktów. Prewencja i profilaktyka jak zwykle lądują na szarym końcu. Nie ma w nich przecież ekscytujących fajerwerków, tylko porządna, zwykła (rzemieślniczo menedżerska) robota z zespołem na co dzień.

I tu przypomina się Traktat o dobrej robocie, znakomite dzieło wybitnego filozofa Tadusza Kotarbińskiego, niestety popełnione w złym timingu dziejowym. Za późno względem pozytywizmu, za wcześnie względem dzisiejszej bylejakości i szybkiej, powierzchownej efektywności. Profesor Tadeusz Kotarbiński wymienia cechy, jakie powinien posiadać człowiek, żeby dobrze wykonywać robotę, czyli pracować po mistrzowsku. Przede wszystkim ma mieć predyspozycje, wykazywać się nabywaną z czasem sprawnością zawodową, w tym pewnym automatyzmem w pracy, oraz umiejętność współpracy.
Sprawność i poprawność wykonania, na bazie umiejętności i wiedzy, więc najpierw. A wizje, fajerwerki, bąbelki, trąbki, otarcie się o zagraniczne trendy w e-commersie, realizacja obrazka tv pod technologię 4K to zaraz, za chwilę, na dodatek, później. "Jutro, kochanieńki, jutro,...najpierw zrób pan to, co jest do zrobienia", parafrazując.

No dobrze, ale takie podejście zabija kreatywność! Co z kreatywnością? Gdzie miejsce na odrobinę szaleństwa?

No i doszliśmy w końcu do rzemieślnictwa Burdelowego. Piszę "Burdelowy" wielką literą nieprzypadkowo. Mówię bowiem o konkretnym Burdelu. Ostatniej niedzieli miałam przyjemność zobaczyć, dla mnie po raz pierwszy, przedstawienie trupy "Pożar w Burdelu", występującej gościnnie na deskach Teatru Polskiego ze swoim ostatnim spektaklem "Don Juan w Warszawie". To był żywa, aktualna, jak wiadomo, śpiewogra odstawiona, w swojej konwencji, z rzemieślniczym kunsztem z każdej strony: tekstowej, aktorskiej, śpiewaczej, tanecznej, humorystycznej. Otrzymałam tam porcję porządnie przygotowanej rozrywki, myśli, refleksji, zabawy i interakcji. Parę osób zastanawiało się czy zdążą wpleść w przedstawienie wątek spalonego Mostu Łazienkowskiego. Zdążyli. Nie było to zadanie ambitne, ale jako rzemieślnicy kabaretowi, zdążyli. Dla porządku, dla wierności stylu i konwencji, i - co najważniejsze - dla satysfakcji klienta tu i teraz. Z pewnością powrócę do "Burdelowych rzemieślników".
Na komplement zasługuje też dyrektor teatru, Andrzej Seweryn, który nie tylko zgodził się gościć "Pożar w Burdelu" w Teatrze Polskim (!), ale pozwolił również, aby mury tego teatru usłyszały w jednej z piosenek słowa "dyrektorzy teatrów to przeważnie chuje". Tylko wybitny rzemieślnik jakim jest Pan Andrzej Seweryn mógł śmiało pozwolić na taki fajerwerk artystyczny. Rzemieślnictwo Andrzeja Seweryna spowodowało zaś, że zajrzałam w dawno nie odwiedzany repertuar Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana w Warszawie…
Trwa ładowanie komentarzy...